Kreatywne lato – czyli podsumowanie/ulubieńcy ostatnich miesięcy.

Dawno nie było żadnego podsumowania, a ostatnio tyle się u mnie działo, że czas najwyższy. Żar się leje z nieba, ale mam nadzieję, że Was to nie zniechęci do czytania. Dużo zdjęć, trochę prywaty, a nawet ulubieńcy – ale jak zawsze z odrobiną twórczości, zapraszam!

Blisko domu mamy pola, łąki i lasy. No dobra, Boni ma. My w końcu możemy zapraszać na grilla.

 

  1. Przeprowadzka – wieczne remonty.

No dobra, głównym powodem dla którego chciałam napisać ten post, to kulawa próba wytłumaczenia, dlaczego tak długo na blogu panowała cisza. Wraz z Mężem udało nam się zmienić adres zamieszkania i mieć mieszkanie… z kawałkiem ogródka. Może to zabrzmi śmiesznie, ale dla kogoś takiego jak ja, osoby, która całe życie była blokowym szczurem, to naprawdę coś. Jesteśmy szalenie szczęśliwi, ale jednocześnie zmęczeni – cały czas mamy mnóstwo pracy, bo mieszkanie wygląda… delikatnie ujmując, nie w naszym guście.

Muszę zapełnić te puste, czarne ramki. Nie byłabym sobą, gdybym czegoś swojego tam nie namalowała, ale o tym i tak się dowiecie za niedługo 😉

Zaczęliśmy remont od najważniejszego miejsca w domu, czyli kuchni. Zastaliśmy ją z krwistą czerwienią na ścianach do połowy, a drugą połowę zdobiła odrapana CZARNA tapeta. Iście diabelska atmosfera. Styropian na suficie, połowa podłogi to połamane panele, druga część potrzaskane, czarne a jakże, kafelki. Lubimy jasne wnętrza, więc jest biało-szaro. I po naszemu.

Boni przedstawia: fajne półeczki, takie świecące.

2. Spotkania z bliskimi.

Z radością mogę stwierdzić, że w ostatnim czasie miałam mnóstwo okazji do spędzenia czasu z przyjaciółmi i rodziną. Pomoc przy przeprowadzce, wszelkie uroczystości, wypady i zwykłe spotkania przy kawie – dziękuję Wam bardzo. Wkleiłabym tu mnóstwo wspaniałych zdjęć, które są cudownymi pamiątkami, ale szanuję prywatność moich bliskich. Dlatego dodaję tylko takie, które nikomu nie zaszkodzą. Koncert Hansa Zimmera, spontaniczny wypad do Rybnika, czy 50tka mojego teścia. Z tym ostatnim wydarzeniem wiąże się przygoda zakupu prezentu – starego Warburga, który był marzeniem taty. Mi powierzono zrobienie ogromnej rozety-kokardy, by przyozdobić autko. Jak ją wykonać, napiszę wkrótce 😉

Jak spotkania, to z dobrym jedzonkiem 😉

 

3. Parę babskich ulubieńców.

To punkt z którym najdłużej się wahałam. Ten blog został założony z myślą, by dzielić się z Wami tym co kreatywne, tym co mnie inspiruje. Nie chciałam tworzyć kolejnego „babskiego” kosmetyczno-ubraniowego bloga, ale okłamałabym Was, gdybym powiedziała, że to mnie w ogóle nie interesuje. Czytam dużo takich blogów i oglądam temu poświęcone kanały na Youtube, lubię to jak każda kobieta. Posty z podsumowaniami to jedyny moment na tym blogu, w którym mówię więcej o sobie, co się u mnie dzieje i o rzeczach nie związanych stricte z tworzeniem. Dlatego uznałam, że eksperymentalnie spróbuję zamieścić i ten punkt. Zatem teraz będą tacy mini ulubieńcy 😉 

Upały mocno wdały mi się we znaki, zwłaszcza mojej skórze. Wróciłam do czasów liceum, ale nie tak jak sobie to wyobrażałam – na całej twarzy trądzik, jak u nastolatki. Postanowiłam dać szansę naturalnej pielęgnacji i zainteresowałam się czytaniem składów kosmetyków. I tak trafiłam na polskie podwórko – Biolaven i Sylveco, a jak wiemy, obie marki to jedna rodzina.

Z Sylveco wypróbowałam krem brzozowo-nagietkowy. Gęsty, tłusty, dla mnie idealny na noc. Szczerze, to się tylko na noc nadaje, bo makijaż na bank po nim spłynie, bez względu na upał. Używam miesiąc, co wieczór i nie zużyłam nawet połowy opakowania – jest tak cholernie wydajny. A teraz działanie. Nawilża twarz niesamowicie, gdy go nakładam po całym, gorącym dniu, czuję ukojenie na skórze. Miałam dużo blizn, które pozostawały po trądziku i jestem prawie pewna, że dopomógł w ich spłyceniu. Zauważyłam jeszcze jeden efekt, ale nie mam pewności, czy to nie rezultat poniższych produktów.

Zakupiłam z dwa produkty z jednej serii Biolaven – lawendowy krem na dzień i serum. Najbardziej jestem zadowolona z kremu. Jest lekki, szybko się wchłania i nadaje się pod makijaż – czyli odwrotność kremu z Sylveco. Bardzo podoba mi się jego zapach – wiele dziewczyn w Internecie się na niego skarżyło, ale mnie urzekł. Nawilża i odżywia. Nie wiem jak to opisać, ale odkąd go używam wraz z jego bratem serum, skóra twarzy jest jakby grubsza, bardziej napięta. Podoba mi się. Serum używam najrzadziej z całej trójki, bo jest bardzo oleisty. Pod makijaż się nie nadaje, na noc też nie bardzo, bo brudzi poduszkę. Poszewka produkt absorbuje i nie mam nic na twarzy. Nakładam go dużo w ramach „maseczki” gdy siedzę w domu i jest ok.

Podsumowując, jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Cena na plus, działanie na plus i w dodatku wspieram polskie marki.  Czego chcieć więcej?

Ostatni rok pracowałam na nowym dla mnie stanowisku, które, na szczęście, wymusza dbanie o to, co do pracy zakładam. Cały czas podobał mi się ten typ spodni, ale bałam się je kupić. Nietypowy krój, kolor też odważny (dla mnie), a jednak zauroczenie nimi trwało nadal i w końcu je kupiłam na promocji w Orsay. I uwielbiam je. O dziwo, pasują mi do masy ubrań – biała koszula, szary tshirt, czarna bluzka z krótkim rękawem – mogłabym wymieniać. Muszę częściej eksperymentować.

Na tym zakończę mój post. Dajcie znać, czy nie przeszkadzał Wam ten ostatni „beauty” fragment w podsumowaniu. A jak Wam mija lato? Gdzie byliście? A może jak my, spędzacie wolne na remontowaniu? 😉 

Pozdrawiam chłodno w ten upalny dzień 😉

Monika

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *